Bartosz Zmarzlik - żużel, speedway
Opublikowano: 12 Marzec 2019 | AUTOR: Robert Borowy

Żona roni łzy, widząc Bartka na podium

Żużlowego świata liznął przy boku Tomasza Golloba, ale wielkie sukcesy sportowe zaczął odnosić z Bartoszem Zmarzlikiem. I jest z tego bardzo dumny, bo wie, że jego cząstka pracy nie idzie na marne.

Grzegorz Musiał to przykład osoby, która nie mogąc zrealizować marzeń jako sportowiec czyni to w innej roli, ale nadal w ulubionym sporcie. Od dzieciństwa chodził na mecze Stali Gorzów. Mocno trzymał kciuki za Piotrem Świstem, Ryszardem Franczyszynem, Markiem Hućko, Piotrem Paluchem czy Antalem Kocso.

– Do dzisiaj pamiętam, a miałem wtedy tylko osiem lat, jak po naszym torze na tronie wozili Gary Havelocka po zdobyciu przez niego mistrzostwa świata we Wrocławiu – kiwa głową.

Kibicował Stali, wybrał Bydgoszcz

Kiedy miał dziesięć lat postanowił, za namową chrzestnego Edwarda, ale przy wydatnej pomocy rodziców, spróbować sił na małym motocyklu. Pierwsze zawody odjechał na nieistniejącym już minitorze w Marwicach, należącym do Kazimierza Giżyckiego, zawodnika pierwszej ,,Złotej Stali’’ z 1969 roku. Jego wzorem był Krzysztof Cegielski, który akurat przeniósł się na duży tor. Po kilku latach nauki, startów i fajnej zabawy i dla Grzegorza przyszedł czas na poważniejsze już treningi. 

– W Gorzowie było w tym okresie bardzo dużo utalentowanej młodzieży i wiedziałem, że jak tutaj zdam licencję będzie mi trudno przebić się do składu – opowiada. – Dlatego kiedy miałem czternaście lat w rodzinnym gronie zapadła decyzja, że przeniosę się do Bydgoszczy. Tam tej młodzieży za bardzo nie było i liczyłem, że szybko się rozwinę. Podobnie uczynił Łukasz Stanisławski, a po nas także Grzesiek Czechowski – przypomina.

Nad Brdą wszyscy gorzowianie zdali licencje, choć każdy w innym czasie. Przez pewien czas jeździli jednak razem. Nie wychodziło im to najlepiej. Grzegorz z perspektywy lat uważa, że zabrakło mu przy boku rodziców, którzy opiekowali się nim na minitorze. Został nagle rzucony na głęboką wodę i to go przerosło.

Po czterech sezonach spędzonych w Bydgoszczy Grzegorz przeniósł się na rok do Grudziądza. Tam startował nawet sporo, pojechał w kilkunastu meczach. Na kolejny sezon przeniósł się do Gdańska i tam niespodziewanie zakończył przygodę z torem.

– W maju miałem w Toruniu upadek na zawodach młodzieżowych i pojawiły się problemy z kręgami szyjnymi. Przyjechałem do Gorzowa i razem z rodzicami uznaliśmy, że nie ma co dalej ryzykować ze zdrowiem. Z dnia na dzień zakończyłem karierę – wyjaśnia.

Kiedy spojrzymy w statystyki okazuje się, że pomimo iż w meczach ligowych Polonii Bydgoszcz zdobył tylko jeden punkt przeszedł do historii polskiego speedwaya jako zdobywca dwóch srebrnych medali w lidze (2001 i 2003). Przyczynił się ponadto do wywalczenia przez bydgoską młodzież brązowego medalu w MDMP w 2002 roku.

Debiut u boku mistrza

,,Lepiej sprawdzasz się jako mechanik niż zawodnik…’’ – te słowa w kierunku Grzegorza wypowiedział w 2002 roku Andrzej Koselski, znany swego czasu żużlowiec Polonii, a w tamtym okresie trener tego klubu. Słowa, które w pierwszej chwili zabolały młodego wtedy chłopaka, ale…

– Trener przepowiedział mi przyszłość – śmieje się Grzegorz. – Widocznie nie cenił mnie wysoko jako zawodnika, bo zapewne nie miał ku temu podstaw, ale podobało mu się, że chcę pracować przy sprzęcie i poradził mi, żebym zastanowił się w przyszłości nad tym zawodem. Motocykle już w tym czasie nie stanowiły przede mną większych tajemnic. Nie miałem problemów z pracą, jak i próbowaniem różnych nowinek. Dodatkowym plusem było to, że dobrze znałem się z Wojtkiem Malakiem, który już wtedy opiekował się sprzętem Tomasza Golloba. Tomek dla mnie, ale nie tylko dla mnie, był autorytetem, a nawet postacią zjawiskową, człowiekiem z innej planety. Niechętnie dopuszczał do siebie kogokolwiek z zewnątrz. Ja miałem to szczęście, że przy pomocy Wojtka mogłem co nieco dotknąć, obejrzeć, spojrzeć, czasami nawet coś tam pomogłem – opowiada.

W czerwcu 2002 roku słoweńskie Krsko po raz pierwszy gościło uczestników Grand Prix. Emocje wtedy były ogromne, w wielkim finale doszło do przepięknej walki o zwycięstwo pomiędzy Ryanem Sullivanem i Tomaszem Gollobem. O włos lepszy okazał się Australijczyk. Grzegorz Musiał ten fascynujący wyścig obejrzał z parkingu. I nie tylko ten, ale i wiele innych.

– Przed wyjazdem do Słowenii drugi z mechaników Tomka miał drobny wypadek i nie mógł pojechać – wspomina. – Wojtek Malak zaproponował, żebym to ja wskoczył w jego miejsce, Tomek się zgodził i tak zadebiutowałem w nowej roli od razu jako mechanik wielokrotnego medalisty mistrzostw świata. Przeżycie było ogromne. Myślę, że tamto doświadczenie potem miało wpływ na podjęcie przeze mnie w 2005 roku decyzji o pozostaniu w żużlu, ale już w roli mechanika – wyjaśnia.

Dla takich chwil warto pracować

Temat pracy w roli mechanika powrócił po zakończeniu kariery w 2005 roku. Pierwszy do Grzegorza rękę wyciągnął Paweł Hlib.

– Przez miesiąc szukałem zatrudnienia i pewnego dnia Paweł zapytał się, czy bym mu nie pomógł? Początkowo nasza współpraca była krótko, bo w następnym roku przeniósł się on do Tarnowa, a ja chciałem być bliżej domu. I zacząłem pomagać Jarkowi Łukaszewskiemu. Po powrocie Pawła do Stali ponownie znalazłem się w jego teamie i trwało to jeszcze przez dwa lata. Z tego okresu najprzyjemniej wspominam piękny dzień awansu Stali do Ekstraligi oraz zdobycie przez Pawła brązowego medalu indywidualnych mistrzostw świata juniorów w Ostrowie – zaznacza.

Dodajmy, że gorzowianin przegrał jedynie z Emilem Sajfutdinowem oraz Chrisem Holderem. W latach 2009-15 Grzegorz Musiał pracował w teamie Mateja Žagara.

– Któregoś dnia Bartek tak luźno zapytał, czy jak zdoła awansować do Grand Prix, to czy nie chciałbym przejść do niego? Odpowiedziałem twierdząco i po awansie dotrzymałem słowa. I tak współpracujemy już trzy lata – mówi skromnie.

Grzegorz nie kryje, że praca mechanika jest trudna, czasochłonna, ale każdorazowo dobry wynik przykrywa wszelkie niedoskonałości.

– Moja żona Anita, która często smuci się, że przez żużel nie ma mnie w domu przez osiem miesięcy w roku przyznała jednak kiedyś, że jak widzi w telewizji Bartka na podium Grand Prix, to łzy ronią się po jej policzkach. Z radości, że praca nas wszystkich, tym również cząstka mojej, nie idzie na marne. I chyba dla takich chwil warto pracować i się męczyć – uważa.

Nie zawsze wszystko zadziała

Nasz rozmówca tłumaczy równocześnie, że praca mechanika nie może zostać sprowadzona do najprostszych rzeczy. Do umycia sprzętu czy samochodu. Owszem, nad jakością jednostek napędowych czuwają tunerzy. Ich praca jest w tym przypadku bardzo ważna i niesie w sobie istotny wpływ na późniejsze wyniki zawodnika.

– Powiedziałbym, że tuner ma 70-80-procentowy udziału w jakości przygotowania sprzętu. Pozostały wkład jest po stronie, tych co budują motocykl i na bieżąco dbają o sprzęgło, gaźnik i inne podzespoły. Ponadto musimy nie tylko utrzymywać sprzęt w należytym porządku, ale szybko reagować z ustawieniami. Powszechnie mówi się o przełożeniach, ale przecież można regulować parametry za pomocą zapłonu, wielkością dyszy, ciśnieniem w kołach czy nawet skracaniem lub wydłużaniem motocykla. To jest ciężka praca, nie zawsze przynosząca oczekiwany efekt – wyjaśnia i szybko przypomina ubiegłoroczny turniej Grand Prix w Pradze.

– Wzięliśmy silniki, na których wcześniej Bartkowi w tej Pradze poszło nieźle, spojrzeliśmy na zapiski i spotkała nas kompletna klapa. Przez cztery serie szukaliśmy i niczego nie znaleźliśmy. Dopiero na ostatnią serię przewróciliśmy wszystko do góry nogami i zadziałało. Było już jednak za późno na odrobienie strat. Taki to jest ten sport. W tej dyscyplinie człowiek będzie się uczył do ostatnich dni pracy – podkreśla.

Z jazdy nie zrezygnował

Grzegorz nie zrezygnował ze swojej pierwszej pasji, jaką były motocykle. Ma popularnego ścigacza i chętnie na niego wsiada, żeby sobie pojeździć. Lubi aktywność fizyczną, chętnie odwiedza siłownię, gra w piłkę nożną. Kibicuje razem z ośmioletnią córeczką Zuzanną szczypiornistom Stali.

– Córka jest oczywiście także fanką żużla – dodaje tata. I zaraz tłumaczy, że luty był ostatnim w miarę spokojnym miesiącem przerwy pomiędzy sezonami, w którym mógł spędzić sporo czasu z rodziną.

– W tej chwili wszystko mamy już przygotowane i rozpoczęliśmy pierwsze treningi – opowiada. – Przed wyjazdem na tor zajmowaliśmy się przygotowywaniem części zapasowych, obkleiliśmy oczywiście kołpaki, osłony karbonowe, wykonaliśmy ostatnie drobne prace. Przy niektórych z nich pomagał nam Bartek. Zresztą on lubi pogrzebać przy sprzęcie i przykładowo motocyklem crossowym zajmuje się sam. Tylko w chwilach, kiedy wyjątkowo nie ma czasu prosi nas o pomoc. Także w trakcie sezonu chętnie przychodzi do warsztatu. Obecnie sprzęt mamy przygotowany praktycznie w stu procentach i teraz weszliśmy w etap jego testowania – kończy.

FIRMY WSPIERAJĄCE ZMARZLIK TEAM

SPONSORZY I PARTNERZY

Nic nie dzieje się w pojedynkę. Żaden sukces nie powstaje w samotności. Poznajcie firmy, które są nam szczególnie bliskie. Firmy, a nade wszystko wspaniałych ludzi, którzy umożliwiają realizację planów i pasji. To profesjonaliści, ludzie sukcesu, po prostu… wspaniali przyjaciele. Wszystkim im razem i każdemu z osobna składamy ogromne wyrazy wdzięczności. Poznajcie ich i ich działalność. Rekomendujemy całym sercem.

Maszoński Logistic
NGINE energy classic
MIB Nordic
Inter Cars
Wecon
Garcarek
Promet Cargo
Galiński Siatki Filtracyjne
Świder-Trans
Kris-Luft
Jorg Grohmann
INT. Production
Globex
Mario VVS
Gold Las
Klim Brokers
Optyline
DK Utemilio
E-Trasborg A/S
Budnex
GESS.PL - Agencja Reklamowa
Mitas
Rehakompleks
Berner